Sukcesy bez porażek?

z archiwum Autora

Kiedy w końcu 2016 roku weszła na rynek moja książka o historii haute couture,  miałem okazję udzielić kilku wywiadów, wziąć udział w wielu spotkaniach. Jedną z tych sytuacji pamiętam szczególnie dobrze. Bez wdawania się w szczegóły. Generalnie chodziło o dom mody Diora i jego kondycję na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Powiedziałem w rozmowie, że kondycja firmy była taka sobie. Upadłość ogłosiła najpierw firma Boussaca (Boussac Saint-Frères), tego, który zainwestował w nowy, „mały dom mody” Christiana Diora. Firma Boussaca, niegdyś jednego z najbogatszych Francuzów przeszła w ręce Agache-Willot Financière, ale im również się nie powiodło i szybko się poddali. W 1984 dom mody Diora (wraz z innymi firmami, m.in. Bon Marché) kupił Bernard Arnault (LVHM jeszcze nie istniał). No i właśnie, osoba z branży mody, o dość dużej decyzyjności powiedziała, że nie przypomina sobie, by Dior kiedykolwiek kiepsko stał i że powinniśmy pominąć ten wątek. I w ten sposób kilka zdań o tym, że z Diorem źle się działo zostało wycięte z rozmowy. Trudno o takiej sytuacji zapomnieć, prawda?

Moda ma przecież kreować i przyciągać sukces oraz pieniądze. Mówienie o porażkach, błędach jest totalnie nie sexy i nie pasuje do splendoru wielkich marek. Tak też wyglądała wielka rocznicowa wystawa Diora, którą prezentowało Les Arts Decoratifs w Paryżu , i później, w nieco zmienionej wersji w Muzeum Wiktorii i Alberta w Londynie. Po prostu jedno wielkie pasmo sukcesów. Można powiedzieć, że wystawa jubileuszowa to nie miejsce na samokrytykę. Pewnie tak. Ale na innych wystawach też niewiele się o tym mówi. A my, jako odbiorcy przyjmujemy to za dobrą monetę. Moda to przecież marzenia.

Ale moda to przecież także (a może przede wszystkim) wielki biznes. Wracając do domu mody Diora i lat 80. Firma Dior nie rozwijająca sieci sprzedaży kolekcji gotowych była wówczas daleko w tyle na przykład za Yves Saint Laurentem. Ale i YSL zmagał się z rozrastającym się rynkiem, tyle że w inny sposób. Najpierw zarabiając ogromne pieniądze, rozprzedawał na potęgę licencje. Ale okazało się, że tak naprawdę szkodzą one marce, bo obniżają jej prestiż. No i przestają być dumą. To świetnie widać jak dom mody YSL chwali się nowatorstwem linii Rive Gauche. Na wystawach prezentuje się to, co powstawało w pierwszej fazie, powiedzmy do połowy lat 70. A później temat cichnie. Choć produkcja wręcz przeciwnie – rośnie. I to bardzo. Pojawiają się jeszcze niższe linie Variation i Encore. Ale historia mody o tym milczy. Milczy pewnie dlatego, że Pierre Bergé w którymś momencie zorientował się w sytuacji i po kolei odkupił, co się dało. Dzięki temu odzyskał kontrolę nad wizerunkiem firmy. A że mogło się to inaczej skończyć, pokazuje przykład Pierre’a Cardina, który dziś kojarzy się głównie ze skarpetami w supermarkecie. I niezmiennie, na każdych zajęciach z historii mody, jest kilka osób zdumionych tym, jak ciekawym i zdolnym projektantem jest Cardin. Ok, był.

Wiadomo, że firmom zależy na jak najlepszym wizerunku, w końcu przekłada się on na pieniądze. Ale co z edukacją? Czy nie jest tak, że przedstawiając same sukcesy firm dajemy jednocześnie sygnał, że branża mody jest świetna i jak się człowiek z czymś wstrzeli, to samo wszystko idzie? Niestety była dokładnie przeciwnie. Im większy sukces, tym więcej zagrożeń. Od razu przypomina się choćby historia Barbary Hulanicki, świetnej projektantki o polskim rodowodzie. W książce Barbara Hulanicki. Ważne jest tylko jutro, będącej zapisem rozmowy Judyty Fibiger z projektantką, możemy przeczytać nie tylko o wielu wspaniałych chwilach związanych z prowadzeniem firmy. Są też niestety bardzo gorzkie momenty, związane przejęciem kontroli nad marką przez inwestora i poprowadzeniem jej w odmienny sposób. Podobnych historii w świecie mody, także polskiej, jest więcej.

Czy to jest typowe dla branży mody? To generalnie rzeczywistość biznesowa. Czy skupianie się na sukcesach to problem tylko historii mody? Nie, to problem edukacji w ogóle.

Niestety duży wysiłek i uwaga idzie na to, by uczyć tego, jak unikać porażek, jak przed nimi umknąć i osiągać same zwycięstwa i sukcesy. A przecież kłopoty zawsze kiedyś nadchodzą. Dlatego sensowniej byłoby uczyć, jak sobie z mini radzić, a nie tylko jak ich unikać. Nie zabrzmi to jednak wiarygodnie, jeśli nadal będziemy gloryfikować sukces, nie wskazując jednocześnie jego kosztów i faktycznie przebytej drogi.

Jeszcze kilka miesięcy temu takie wynurzenia potraktowane byłyby machnięciem ręki lub wzruszeniem ramion. Teraz jednak okazuje się, że to nie tylko ma jakiś sens, ale i jest potrzebne. Codziennie pojawiają się teksty/ wypowiedzi na temat jak sobie radzić, co będzie dalej, oraz – co interesujące, jak sobie wcześniej radzono z kryzysami. No właśnie, jak wcześniej wychodzono z kłopotliwych sytuacji? Czyli jednak taka wiedza ma sens.

I żeby było jasne, nie chodzi mi tu tylko o biznesowe rozumienie kryzysów czy porażek. Ale również życiowe. Biografie projektantów dają w tym zakresie mnóstwo materiałów do analizy. Trzeba tylko przebić się przez idealną powierzchnię nieustającego sukcesu. Warto, bo pod nią zawsze kryje się prawdziwy człowiek z krwi i kości. I słabości.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s